Jak pisać ofertę na stronę internetową, żeby klient zobaczył wartość?

Dobra oferta na stronie nie zaczyna się od listy usług, modułów i certyfikatów. Zaczyna się od pokazania klientowi, że rozumiesz sytuację, w której jest teraz, i potrafisz przeprowadzić go do miejsca, w którym chce się znaleźć.

Strona internetowa może być naprawdę ładna. Może mieć dobrze dobrane kolory, estetyczne zdjęcia, przejrzysty układ, ładne fonty i sekcje, które na pierwszy rzut oka wyglądają profesjonalnie. A mimo to nadal może nie spełniać swojej najważniejszej roli.

Może nie prowadzić do zapisu, nie zachęcać do kontaktu, nie pomagać w sprzedaży albo po prostu zostawiać klienta z poczuciem: „ładnie tu, ale nie wiem, czy to jest dla mnie”.

I bardzo często problem nie leży w tym, że strona jest brzydka, przestarzała albo źle zbudowana technicznie. Problem zaczyna się dużo wcześniej — w sposobie, w jaki opowiadasz o swojej ofercie.

Bo klient, który trafia na Twoją stronę, najczęściej nie szuka po prostu opisu usługi. On nie wchodzi z myślą: „ciekawe, ile modułów ma ten kurs”, „ciekawe, jak nazywa się ten pakiet” albo „ciekawe, jak długo ta osoba działa na rynku”.

On przede wszystkim próbuje w kilka sekund zrozumieć, czy jest w dobrym miejscu. Czy ta oferta jest dla niego. Czy rozumiesz jego problem. Czy po współpracy z Tobą będzie mu łatwiej, spokojniej, prościej albo bardziej konkretnie.

I właśnie tutaj bardzo często zaczyna się największy problem ze stronami internetowymi.

Top of the funell

Dlaczego sama lista usług nie wystarczy?

Kiedy pracuję nad stronami internetowymi, bardzo często pomagam nie tylko w projekcie graficznym czy technicznym wdrożeniu, ale też w uporządkowaniu treści.

Czasem piszę teksty od zera. Czasem poprawiam to, co klient już przygotował. A czasem robię coś pomiędzy: biorę notatki, nagrania, luźne myśli, sposób mówienia o własnej pracy i przekładam to na stronę, która ma być zrozumiała dla osoby po drugiej stronie ekranu.

I widzę jeden schemat, który powtarza się naprawdę często.

Strona mówi dużo o osobie, która sprzedaje.

Opowiada o doświadczeniu, certyfikatach, latach pracy, ukończonych szkoleniach, kompleksowym podejściu, indywidualnym wsparciu, wysokiej jakości i rozwiązaniach szytych na miarę.

I jasne — to wszystko może być prawdą. Czasem nawet powinno znaleźć się na stronie, bo buduje zaufanie i pokazuje, że za ofertą stoi konkretna osoba z konkretnym doświadczeniem.

Tylko że klient, który wchodzi na stronę, najczęściej nie zaczyna od pytania, ile masz certyfikatów i czy Twoje podejście jest kompleksowe.

On najpierw chce wiedzieć, czy warto zostać trochę dłużej. Czy to jest oferta dla niego. Czy rozumiesz sytuację, w której jest. Czy potrafisz nazwać problem, z którym przyszedł. Czy pokazujesz mu coś, co brzmi jak odpowiedź na to, czego właśnie szuka.

A jeśli od razu nie widzi siebie, swojego problemu, swojej sytuacji albo efektu, do którego chce dojść, bardzo łatwo może uznać, że to nie jest miejsce dla niego.

Nie dlatego, że Twoja oferta jest słaba. I nie dlatego, że Ty nie masz kompetencji.

Tylko dlatego, że klient jeszcze nie poczuł, że to, co robisz, jest odpowiedzią na jego konkretną sytuację.

Jak pisać ofertę na stronę internetową językiem klienta?

Kiedy zastanawiasz się, jak napisać ofertę na stronę internetową, dość szybko okazuje się, że najważniejsze nie jest samo pytanie: „co zawiera moja oferta?”.

Oczywiście, te informacje są potrzebne. Klient chce wiedzieć, co kupuje, jak wygląda współpraca, ile trwa proces, co jest w cenie, jakie są etapy, terminy, bonusy albo dodatkowe materiały. Ale zanim zacznie analizować szczegóły, musi najpierw poczuć, że ta oferta w ogóle dotyczy jego sytuacji.

Dlatego dobra oferta na stronie nie zaczyna się od listy rzeczy, które robisz.

Zaczyna się od pokazania klientowi, że rozumiesz miejsce, w którym jest teraz, i potrafisz przeprowadzić go do miejsca, w którym chce się znaleźć.
Wiem, że zdanie „klient nie kupuje usługi, klient kupuje zmianę” może brzmieć trochę jak klasyk z marketingowego szkolenia. Ale im więcej pracuję ze stronami, landing page’ami i treściami ofertowymi, tym bardziej widzę, że ono jest po prostu prawdziwe.
Middle of the funell

Klient nie kupuje „strony internetowej”. Kupuje poczucie, że w końcu ma swoje miejsce w sieci, do którego może spokojnie odesłać klientki, partnerki, osoby zainteresowane współpracą albo uczestniczki warsztatów.

Nie kupuje „landing page’a”. Kupuje większą szansę, że osoba z reklamy, newslettera albo posta nie zgubi się po drodze, tylko zrozumie, co jest w ofercie, dla kogo jest ta oferta i gdzie ma kliknąć, żeby zrobić kolejny krok.

Nie kupuje „pakietu konsultacji”. Kupuje ulgę, że nie musi już sama siedzieć po nocach nad ustawieniami, których nie rozumie, i że wreszcie może zapytać kogoś, kto przełoży techniczne rzeczy na normalny język.

Nie kupuje „ładnych grafik na Instagram”. Kupuje spójność, dzięki której marka przestaje wyglądać jak składanka z pięciu różnych etapów życia i zaczyna być łatwiej rozpoznawalna.

I to samo działa w różnych branżach.

Jeśli ktoś oferuje terapię, klient nie szuka wyłącznie „konsultacji psychologicznej”. Szuka miejsca, w którym może bezpiecznie opowiedzieć o tym, co jest trudne, i dostać wsparcie, którego być może od dawna jej brakuje.

Jeśli ktoś prowadzi warsztaty rękodzielnicze, uczestnik nie kupuje tylko „3-godzinnego spotkania z materiałami w cenie”. Kupuje czas dla siebie, oderwanie od codzienności i moment, w którym może znowu zrobić coś własnymi rękami.

Jeśli ktoś sprzedaje naturalne świece, klient nie kupuje wyłącznie wosku, knota i zapachu lawendy. Kupuje nastrój wieczoru, prezent, który wygląda pięknie, albo mały rytuał po trudnym dniu.

Dlatego jeśli na stronie piszesz tylko o tym, co oferujesz, ale nie pokazujesz zmiany, którą ta oferta daje, klientka może nie zobaczyć powodu, dla którego miałaby zostać właśnie u Ciebie.
Bottom of the Funell

Opis oferty na stronie: punkt A i punkt B

W ostatnich miesiącach bardzo dużo uczę się o reklamach i im głębiej wchodzę w ten temat, tym mocniej widzę, że sama reklama jest tylko jednym elementem większej układanki.

Możesz mieć dobrze ustawioną kampanię, ładną grafikę, poprawnie dobraną grupę odbiorców i kliknięcia, za które realnie płacisz. Ale jeśli osoba po kliknięciu trafia na stronę, na której nie rozumie, co dostanie, dla kogo to jest i dlaczego warto, to reklama nie ma z czego sprzedawać.

Dlatego tak dużo w tym procesie wraca do treści na stronie.

Kiedy przygotowuję landing page do moich letnich warsztatów z akwareli, układam go właśnie w taki sposób: od punktu A do punktu B.

Punkt A to sytuacja, w której klientka jest teraz.
W moim przypadku to może być osoba, która dawno nie malowała, ale czuje, że chciałaby wrócić do akwareli. Ma w domu farby, pędzle i papier, ale kiedy siada do kartki, nagle wszystko wydaje się trudne. Chciałaby zrobić coś kreatywnego latem, ale bez presji, że od razu musi stworzyć idealną pracę. Może potrzebuje kilku spokojnych wieczorów tylko dla siebie, ale trudno jej samej znaleźć motywację, żeby zacząć.

Punkt B to miejsce, w którym ta osoba ma się znaleźć po warsztatach.
Chcę, żeby miała gotowe prace, ale też żeby wiedziała, jak podejść do tematu krok po kroku. Żeby poczuła, że może malować po swojemu. Żeby przestała patrzeć na pustą kartkę jak na coś stresującego. Żeby wyszła z warsztatów z takim poczuciem: „okej, ja naprawdę potrafię”.

I dokładnie tak samo warto myśleć o każdej stronie internetowej.

Nie zaczynasz od tego, że masz 5 modułów, 12 lekcji, 3 konsultacje, dostęp do platformy i pliki PDF do pobrania.
Zaczynasz od pytania: w jakiej sytuacji jest teraz mój klient i gdzie chce dojść?

Bo Twoja oferta jest mostem między tymi dwoma miejscami. Tylko że ten most musi być widoczny od razu, a nie dopiero na samym dole strony, po sześciu sekcjach o Tobie, Twojej misji i Twoim wieloletnim doświadczeniu.

Czym różni się opis usługi od tekstu oferty, który pokazuje zmianę?

Załóżmy, że oferujesz pomoc w uporządkowaniu strony internetowej.
Możesz napisać:
Oferuję audyt strony internetowej oraz kompleksowe rekomendacje dotyczące struktury, treści i użyteczności.
I to jest poprawne. Tylko trochę bez życia.
Możesz też napisać:
Masz stronę, ale czujesz, że nikt się po niej nie porusza tak, jak powinien? Klientki pytają o rzeczy, które są już opisane, nie klikają w ofertę albo wychodzą bez kontaktu? Sprawdzę, gdzie strona gubi ich uwagę i pokażę Ci, co zmienić, żeby prowadziła je prościej do zakupu, zapisu lub wiadomości.

Widzisz różnicę?
W pierwszym przypadku mówisz: „robię audyt” (swoją drogą jeśli potrzebujesz audytu strony zapraszam Cię tutaj). W drugim pokazujesz sytuację, w której klient może się rozpoznać. I to jest ogromna różnica, bo dopiero wtedy oferta przestaje być suchą nazwą usługi, a zaczyna być odpowiedzią na konkretny problem.

Middle of the funell

Podobnie jest z kursem online.

Możesz napisać, że kurs zawiera 8 modułów, nagrania wideo, karty pracy i dostęp do grupy. I oczywiście te informacje są potrzebne, bo klient chce wiedzieć, co kupuje.

Ale jeśli zaczniesz tylko od tego, nadal opisujesz głównie zawartość pudełka.
A możesz napisać inaczej:

Jeśli od miesięcy mówisz sobie, że chcesz w końcu ruszyć z newsletterem, ale zatrzymujesz się na pytaniu: „co ja właściwie mam tam pisać?”, ten kurs przeprowadzi Cię przez pierwsze kroki — od pomysłu na freebie, przez zapis, po wysłanie pierwszych maili bez poczucia, że piszesz do pustki.

Pierwszy opis mówi, co jest w środku. Drugi pokazuje, dlaczego to może być ważne dla osoby, która ma kupić.

I dopiero kiedy klient czuje, że to dotyczy jej sytuacji, zaczyna interesować go zawartość: moduły, lekcje, terminy, bonusy, cena i szczegóły techniczne.

Bottom of the Funell

Najczęstszy błąd w pisaniu oferty: za szybko przechodzimy do tego, co robimy

Myślę, że to jest bardzo naturalne.

Kiedy mamy opisać swoją ofertę, zaczynamy od tego, co jest dla nas najbliższe. Od zakresu pracy, procesu, liczby spotkań, formy współpracy, narzędzi, doświadczenia i efektu końcowego.

To wszystko jest ważne, ale klient na początku często nie jest jeszcze na tym etapie.

On nie analizuje jeszcze, czy w pakiecie są 2 spotkania, czy 3. Nie porównuje jeszcze wszystkich szczegółów technicznych. Nie zastanawia się jeszcze nad nazwą wtyczki, typem platformy albo tym, czy sekcja będzie zbudowana w Divi, Elementorze czy Kadence.

Najpierw chce wiedzieć, czy to w ogóle jest dla niego.

Czy rozumiesz sytuację, w której jest. Czy potrafisz nazwać problem, z którym przyszedł. Czy pokażesz mu prostszą drogę. Czy po drugiej stronie tej współpracy czeka go coś, czego naprawdę potrzebuje.

Dopiero potem zaczyna interesować go proces, zakres i szczegóły.

Dlatego czasem wystarczy przesunąć akcent. Nie wyrzucać informacji o tym, co zawiera oferta, ale też nie zaczynać od nich jako od najważniejszego argumentu.

Bo „8 modułów” samo w sobie nie sprzedaje. Sprzedaje obietnica, że po tych 8 modułach klient będzie wiedział, co zrobić dalej.

„Audyt strony” sam w sobie nie sprzedaje. Sprzedaje to, że klient przestanie zgadywać, dlaczego ludzie wchodzą na stronę, ale nie klikają.

„Konsultacja” sama w sobie nie sprzedaje. Sprzedaje to, że po godzinie rozmowy klientk ma większy porządek w głowie i konkretny następny krok.

Jak pisać teksty na stronę internetową prostszym językiem?

Nie musisz od razu przepisywać całej strony.

Na początek możesz zrobić bardzo proste ćwiczenie. Weź swoją główną ofertę i spróbuj odpowiedzieć na trzy pytania.

Pierwsze pytanie brzmi: z czym Twój klient przychodzi?

Nie tak ogólnie, że „chce się rozwijać” albo „potrzebuje wsparcia”, tylko dużo konkretniej. Może jest zmęczony tym, że wszystko robi sam. Może boi się, że technicznie sobie nie poradzi. Może odkłada decyzję, bo nie wie, od czego zacząć. Może ma już coś zaczęte, ale utknął w połowie i coraz bardziej go to frustruje. A może wie, że jego strona powinna działać lepiej, tylko nie potrafi nazwać, co właściwie jest z nią nie tak.

To jest Twój punkt A.

Middle of the funell
Drugie pytanie brzmi: co ma się zmienić po skorzystaniu z Twojej oferty?

Czy klient ma mieć gotową stronę, większy porządek w ofercie, lepsze teksty, więcej spokoju, jasny plan działania albo poczucie, że nie musi już wszystkiego wymyślać sama? Tutaj nie chodzi tylko o fizyczny efekt, taki jak plik, strona, PDF, nagranie czy spotkanie. Chodzi też o zmianę w codzienności klientki, która wydarzy się dzięki temu, co sprzedajesz.
To jest Twój punkt B.

Trzecie pytanie brzmi: jak możesz powiedzieć o tym prostszym językiem?

Nie językiem branżowym, nie językiem z regulaminu i nie językiem „profesjonalnych rozwiązań dopasowanych do indywidualnych potrzeb”. Tylko tak, jak powiedziałby to Twój klient, gdyby opowiadał znajomemu, z czym ma problem.

Bo bardzo często najlepsze zdania do strony nie powstają przy biurku.

One padają w rozmowie.

Bottom of the Funell

Skąd brać język klienta do opisu oferty?

W różnych marketingowych materiałach często pojawia się rada, żeby sprawdzać opinie, recenzje, komentarze, pytania w Google albo narzędzia pokazujące, czego ludzie szukają w danej branży.

I to są dobre metody.

Ale ja najwięcej wyciągam z rozmów.

Przed każdą większą współpracą robię rozmowę wstępną. Często ją nagrywam, a potem wracam do nagrania albo transkrypcji.

I teraz, w czasach AI, to jest naprawdę proste. Możesz nagrać rozmowę, zrobić transkrypcję kilka minut później i spokojnie zobaczyć, jakich słów użył klient, co powtarzał kilka razy, czego się obawiał, co go najbardziej zmęczyło i dlaczego zaczął szukać pomocy właśnie teraz.

To jest złoto komunikacyjne. Nie tylko do strony internetowej.

Takie zdania możesz później wykorzystać w postach, stories, mailach, ofertach, nagłówkach, reklamach i całej komunikacji wokół swojej marki.

Bo historie naprawdę się powtarzają.

W ostatnim czasie zgłosiła się do mnie osoba, która miała stronę zrobioną na Divi przez programistę. Strona istniała, technicznie była postawiona, ale współpraca była dla niej trudna. Komunikacja się nie kleiła, trudno było się dogadać, a ona nie czuła się zaopiekowana w tym procesie. Zaczęła więc szukać kogoś, kto przejmie projekt, uporządkuje go i będzie potrafił wytłumaczyć, co się dzieje.

I to nie jest odosobniona historia.

Regularnie wracają podobne sytuacje: ktoś ma stronę, ale nie wie, jak ją obsługiwać; ktoś boi się cokolwiek ruszyć, żeby jej nie zepsuć; ktoś zaczął samodzielnie, ale utknął w połowie; ktoś ma ofertę, ale nie umie jej dobrze opisać; ktoś wie, że strona powinna sprzedawać, ale na razie ona po prostu „jest” i nic większego z tego nie wynika.

Kiedy zaczniesz zauważać takie powtarzające się historie, dużo łatwiej będzie Ci pisać treści, które nie brzmią jak kolejny ogólny opis usługi.

Bo nie piszesz wtedy „do wszystkich”.

Piszesz do osoby, która siedzi po drugiej stronie i myśli:

Okej, to jest o mnie.

Potrzebujesz wsparcia?

Chcesz sprawdzić, co w Twojej ofercie wymaga poprawy? Umów się na bezpłatną rozmowę!

Każda oferta ma potencjał – czasem wystarczy kilka zmian, by zaczęła sprzedawać.

Jeśli chcesz, żebym spojrzała na Twoją ofertę i pomogła Ci dopracować jej strategię sprzedaży, zapraszam na bezpłatną 20-minutową rozmowę konsultacyjną.

Język korzyści na stronie internetowej bez sztucznego marketingowego tonu

Właśnie dlatego coraz częściej wracam do tematu pisania językiem korzyści.

Nie w takim sztucznym, nachalnym rozumieniu, w którym każde zdanie musi krzyczeć „kup teraz”, „nie przegap okazji” albo „to odmieni Twoje życie”. Bardziej w spokojnym, praktycznym sensie: jak opowiedzieć o tym, co robisz, żeby osoba po drugiej stronie zobaczyła, po co jej to jest.

Bo bardzo często problem nie polega na tym, że oferta jest słaba.

Problem polega na tym, że została opisana językiem osoby, która ją tworzy, a nie językiem osoby, która ma z niej skorzystać.

To widać szczególnie mocno w branżach usługowych, edukacyjnych i kreatywnych, gdzie sprzedajesz coś więcej niż konkretny plik, produkt albo godzinę pracy. Sprzedajesz proces, poczucie bezpieczeństwa, uporządkowanie, wsparcie, zmianę sposobu myślenia albo efekt, który trudno zamknąć w jednym technicznym zdaniu.

I właśnie dlatego tekst oferty na stronę nie powinien być tylko opisem tego, co zawiera pakiet. Powinien pomóc klientce rozpoznać swoją sytuację, zrozumieć możliwy efekt i poczuć, że przejście z punktu A do punktu B jest dla niej osiągalne.

Middle of the funell
Bottom of the Funell

Proste ćwiczenie: sprawdź pierwszą sekcję swojej oferty

Wejdź dziś na swoją stronę i przeczytaj pierwszą sekcję swojej oferty.

Tylko pierwszą.

Nie analizuj jeszcze całej strony, wszystkich zakładek, menu, stopki i formularzy. Zobacz tylko to, co klientka widzi od razu po wejściu.

I zadaj sobie pytanie:

czy po kilku sekundach wiadomo, że rozumiem sytuację mojej klienta?

Nie chodzi tylko o to, czy wiadomo, co sprzedajesz, jak długo działasz i jakie masz doświadczenie. Chodzi o to, czy klientka może zobaczyć tam siebie.

Jeśli nie, zacznij od jednego zdania.

Dopisz nad ofertą albo pod nagłówkiem krótkie zdanie, które pokazuje punkt A, czyli sytuację klientki przed skorzystaniem z Twojej oferty.

To może być coś w stylu:

Masz stronę, ale klientki nadal piszą do Ciebie z pytaniami, na które odpowiedzi powinny znaleźć od razu?
Albo:
Chcesz ruszyć z newsletterem, ale zatrzymujesz się na pytaniu, co właściwie napisać w pierwszym mailu?
Albo:
Sprzedajesz warsztaty, ale czujesz, że opis na stronie nie oddaje tego, co naprawdę dzieje się na spotkaniach?

To może być mała zmiana, ale często właśnie od takich małych zmian zaczyna się strona, która nie tylko wygląda, ale też prowadzi klientkę dalej.

Bo czasem nie trzeba od razu przebudowywać całej strony.
Czasem najpierw trzeba po prostu inaczej opowiedzieć o tym, co już masz.

Kiedy warto uporządkować tekst oferty na stronie?

Jeśli czujesz, że Twoja strona mówi za dużo o Tobie, a za mało o osobie, która ma kupić, to może być dobry moment, żeby się jej przyjrzeć.

Nie zawsze trzeba od razu budować wszystko od nowa. Czasem wystarczy zacząć od tekstów, nagłówków i lepszego poprowadzenia klientki przez ofertę, żeby strona zaczęła działać czytelniej i spokojniej prowadziła do kolejnego kroku.

Pracuję teraz nad materiałem, który pomoże właśnie w takim uporządkowaniu treści. Będzie o tym, jak pisać o swojej ofercie prostszym, bardziej zrozumiałym językiem, jak wyciągać z usługi realne korzyści i jak zamienić suchy opis typu „oferuję konsultację / kurs / warsztat” na tekst, w którym klientka może zobaczyć swoją sytuację, swój problem i konkretną zmianę.

Jeśli czujesz, że Twoja oferta jest dobra, ale na stronie brzmi zbyt ogólnie, zbyt technicznie albo zbyt podobnie do wszystkich innych, ten temat może być właśnie dla Ciebie.

A jeśli chcesz, żebym spojrzała na Twoją stronę albo pomogła Ci uporządkować treści tak, żeby klient szybciej rozumiał, co właściwie dla niego robisz, możesz umówić się na rozmowę online.

Przy umawianiu konsultacji napisz jak najwięcej informacji: co sprzedajesz, do kogo kierujesz ofertę i gdzie czujesz największy chaos — w tekstach, strukturze strony, opisie oferty czy w całym procesie prowadzenia klientki od pierwszego kliknięcia do zakupu.

Czasem naprawdę nie trzeba zaczynać od nowej strony.

Czasem wystarczy sprawić, żeby obecna w końcu zaczęła mówić językiem osoby, która ma z niej skorzystać.