Audyt strony internetowej fotografa – SEO, oferta, UX i sprzedaż

Dziś zaczynam na blogu nową serię, do której przymierzałam się już od jakiegoś czasu — audyty prawdziwych stron internetowych. Chcę w nich pokazywać nie tylko to, co na stronie można technicznie lub wizualnie poprawić, ale przede wszystkim patrzeć na nią z perspektywy celu biznesowego. Bo strona może być piękna, dopracowana i spójna, a mimo to nie realizować zadania, dla którego została stworzona.
Do pierwszego audytu zgłosiła się Ania Hnatyszak, która swoją drogą była już kiedyś moją klientką. Pomagałam jej wcześniej przy pojedynczych zmianach na stronie, natomiast tym razem Ania wypełniła formularz audytowy i zgłosiła cały serwis do szerszej analizy.
Informacje z formularza są dla mnie w takich audytach niezwykle ważne, bo nie da się sensownie ocenić strony wyłącznie na podstawie tego, czy nam się podoba. Najpierw muszę wiedzieć, co ta strona ma robić. Inaczej będę patrzyła na witrynę, której głównym zadaniem jest pozyskiwanie klientów na konsultacje, inaczej na portfolio, a jeszcze inaczej na sklep.
W przypadku Ani odpowiedź była bardzo konkretna: najważniejszym celem strony jest sprzedaż jej autorskich fotografii.
Audyt graficzny strony
Ze mną możesz to zmienić.
Oferuję profesjonalny audyt strony internetowej. Dzięki niemu zidentyfikujesz problem i go rozwiążesz.
1 000,00 zł
Pierwsze wrażenie: piękne portfolio, ale gdzie jest sklep?
Kiedy weszłam na stronę główną, zobaczyłam spokojny, minimalistyczny i bardzo spójny wizualnie projekt. Fotografie mają dużo przestrzeni, kolorystyka jest delikatna, całość wygląda elegancko i dobrze pasuje do charakteru prac Ani.
Gdybym jednak nie wiedziała wcześniej, że najważniejszym celem tej strony jest sprzedaż fotografii, nie pomyślałabym od razu: „jestem w sklepie”.
Znacznie bardziej odebrałam tę stronę jako portfolio artystki, która pokazuje swoje prace i dodatkowo pomaga klientom dobrać fotografie do wnętrz. I właśnie tutaj pojawia się pierwsza duża rozbieżność między celem biznesowym a tym, co komunikuje strona.
Pierwszy ekran mówi:
„Pomagam dekorować wnętrza”
oraz:
„Fotografia autorska do domu i biura”.
Główny przycisk prowadzący dalej brzmi natomiast:
„Zobacz moje fotografie”.
To pozornie drobna rzecz, ale słowa użyte na przycisku bardzo mocno ustawiają sposób, w jaki użytkownik korzysta ze strony. Jeżeli zapraszamy go do tego, żeby zobaczył fotografie, to dokładnie to zrobi: wejdzie, obejrzy prace, być może się nimi zachwyci, a potem wyjdzie.
Nie dostał bowiem jasnej informacji, że może tę fotografię kupić.
Gdyby w tym samym miejscu pojawił się komunikat:
„Kup fotografię”,
„Przejdź do sklepu”
albo
„Wybierz fotografię do swojego wnętrza”,
od początku budowalibyśmy zupełnie inną intencję.
I właśnie od tego zaczęłabym zmiany.
Pierwszy ekran mówi:
„Pomagam dekorować wnętrza” oraz: „Fotografia autorska do domu i biura”.
Główny przycisk prowadzący dalej brzmi natomiast: „Zobacz moje fotografie”.
To pozornie drobna rzecz, ale słowa użyte na przycisku bardzo mocno ustawiają sposób, w jaki użytkownik korzysta ze strony. Jeżeli zapraszamy go do tego, żeby zobaczył fotografie, to dokładnie to zrobi: wejdzie, obejrzy prace, być może się nimi zachwyci, a potem wyjdzie.
Nie dostał bowiem jasnej informacji, że może tę fotografię kupić.
Gdyby w tym samym miejscu pojawił się komunikat:
„Kup fotografię”,
„Przejdź do sklepu”
albo
„Wybierz fotografię do swojego wnętrza”,
od początku budowalibyśmy zupełnie inną intencję.
I właśnie od tego zaczęłabym zmiany.
Strona główna powinna pokazywać produkt wcześniej
Tymczasem, jeśli głównym produktem są same fotografie, to właśnie one powinny dostać pierwszeństwo.
Wyobraźmy sobie użytkownika, który trafia na tę stronę z Instagrama, Google albo polecenia. Być może nigdy wcześniej nie słyszał o Ani. Nie wie, czym dokładnie się zajmuje i nie zna sposobu działania sklepu. W ciągu pierwszych sekund powinien więc zobaczyć konkretne prace, informacje, że są one dostępne do kupienia, orientacyjną cenę oraz możliwość przejścia bezpośrednio do produktu.
Dlatego zaraz po pierwszym ekranie wprowadziłabym sekcję z kilkoma wybranymi fotografiami. Nie musi być ich dużo — trzy, cztery czy sześć prac w zupełności wystarczy.
Każda karta mogłaby wyglądać na przykład tak:
Morze o poranku
Fine Art Print
od 290 zł
Zobacz fotografię
Cena „od…” robi tutaj ogromną różnicę, ponieważ automatycznie zmienia sposób odbierania tego, co widzimy. Nie patrzymy już na fotografię wyłącznie jako element portfolio, ale zaczynamy postrzegać ją jako produkt.
Pomoc w wyborze nadal jest cenna — tylko powinna pojawić się później
Nie usuwałabym ze strony usługi związanej z pomocą w dopasowaniu fotografii do wnętrza. Wręcz przeciwnie, to może być bardzo mocny element całej oferty.
Zmieniłabym jednak jej rolę.
Obecnie pomoc w aranżacji pojawia się tak wysoko, że zaczyna wyglądać jak główny produkt. Tymczasem mogłaby znakomicie działać jako element wspierający decyzję zakupową.
Klient ogląda fotografie, jedna lub dwie mu się podobają, ale zastanawia się, jaki format wybrać albo czy dana kolorystyka będzie pasowała do salonu. I właśnie wtedy możemy powiedzieć:
Zanim klient kupi sztukę, ma sporo pytań
Dlatego strona powinna przejąć część pracy, którą w sklepie stacjonarnym wykonałby sprzedawca.
Klient może zastanawiać się, jakie są dostępne formaty, na czym drukowane są fotografie, czym właściwie jest wydruk Fine Art, jak zabezpieczona jest przesyłka albo czy można zamówić pracę w niestandardowym rozmiarze.
Nie trzeba oczywiście umieszczać wszystkich odpowiedzi na samej górze. Warto jednak na stronie głównej stworzyć krótką, łatwą do zeskanowania sekcję, która pokaże kilka najważniejszych korzyści.
Na przykład:
Autorskie fotografie
Prace stworzone i przygotowane do druku przez autorkę.
Druk Fine Art
Wysokiej jakości wydruk przeznaczony do ekspozycji we wnętrzu.
Różne formaty
Możliwość dopasowania wielkości pracy do konkretnej przestrzeni.
Pomoc w wyborze
Jeśli nie wiesz, jaki format lub fotografię wybrać, możesz poprosić o wsparcie.
W ten sposób tekst zaczyna pracować sprzedażowo, a jednocześnie nie przytłacza użytkownika.
A potem weszłam do sklepu
I tutaj problem, który pojawił się na stronie głównej, stał się jeszcze bardziej widoczny.
Podstrona nosi nazwę „Sklep”, ale wizualnie bardziej przypomina rozbudowaną galerię albo portfolio. Użytkownik widzi siatkę pięknych fotografii, ich tytuły i oznaczenie „Fine Art Print”, ale nie widzi cen, przycisków zakupowych, informacji o dostępnych wariantach ani wyraźnego kolejnego kroku.
To oznacza, że nawet osoba, która świadomie kliknęła „Sklep”, nadal musi sama odkryć, w jaki sposób dokonuje się tutaj zakupu.
I właśnie tego na stronie sprzedażowej powinniśmy unikać.
Cena jest jedną z podstawowych informacji, których klient potrzebuje przed podjęciem decyzji. Jeżeli jej nie widzi, nie wie, czy dana fotografia mieści się w jego budżecie.
Może kosztować 200 zł, ale równie dobrze 2000 zł.
Jeżeli cena zależy od formatu, nie trzeba prezentować wszystkich wariantów bezpośrednio na liście produktów. Wystarczy informacja:
od 290 zł
oraz przycisk:
Wybierz format
Taki niewielki element natychmiast mówi użytkownikowi: „to jest produkt dostępny do zakupu”.
Na stronie sklepu powinien też pojawić się jasny sygnał, co należy zrobić z interesującą nas fotografią.
Czy kliknąć w zdjęcie?
Czy napisać wiadomość?
Czy po kliknięciu pojawi się cena?
Dobrze zaprojektowany sklep nie powinien wymagać eksperymentowania.
Dlatego przy każdym produkcie wprowadziłabym jasne CTA:
Zobacz szczegóły
lub
Wybierz format.
Dopiero na stronie konkretnego produktu można szerzej wyjaśnić dostępne opcje, rozmiary i sposób realizacji zamówienia.
Przy kilkudziesięciu fotografiach potrzebujemy sposobu wyboru
Kolejna rzecz, którą bardzo mocno widać na tej stronie, to liczba prac. Użytkownik dostaje jedną dużą siatkę fotografii i może przewijać ją naprawdę długo.
Przy małym portfolio byłoby to jeszcze do zaakceptowania. Przy sklepie zawierającym kilkadziesiąt produktów warto jednak pomóc użytkownikowi zawęzić wybór.
Kategorie można stworzyć na wiele sposobów. Mogą dotyczyć miejsca lub tematyki fotografii — morza, natury, architektury czy podróży. Można też spojrzeć na ofertę oczami klienta i stworzyć kategorie odpowiadające temu, czego może szukać:
fotografie do salonu,
fotografie do sypialni,
fotografie do biura,
fotografie minimalistyczne,
fotografie w neutralnej kolorystyce.
I w tym momencie zaczynamy łączyć użyteczność sklepu z SEO, co wpływa na wyszukiwanie na konkretna frazę w przegladarce.
Sklep prawie nie daje Google informacji, co właściwie sprzedaje
Na obecnej stronie sklepu treści tekstowej jest bardzo mało. Mamy przede wszystkim fotografie oraz ich artystyczne nazwy, takie jak „Lanzarote I” czy „Marokko II”.
Dla człowieka taki tytuł może mieć sens. Dla Google jest jednak bardzo mało informacyjny.
Wyszukiwarka nie wie na tej podstawie, czy „Lanzarote I” jest fotografią, obrazem, wpisem podróżniczym, wystawą czy nazwą kolekcji.
Dlatego sklep potrzebuje trochę więcej kontekstu.
Nie oznacza to oczywiście, że na górze powinniśmy umieścić kilka tysięcy znaków tekstu tylko po to, aby „nakarmić Google”.
Znacznie lepsze byłoby kilka naturalnych zdań, które pomogą jednocześnie klientowi i wyszukiwarce zrozumieć ofertę.
Na przykład:
Autorskie fotografie do wnętrz
W kolekcji znajdziesz autorskie fotografie dostępne jako wydruki Fine Art w kilku formatach. Możesz wybrać pracę do salonu, sypialni, gabinetu lub biura, a jeśli nie wiesz, jaki rozmiar sprawdzi się najlepiej w Twojej przestrzeni, możesz skorzystać z pomocy w doborze fotografii.
Taki tekst informuje użytkownika, gdzie się znalazł i co może tutaj zrobić, a jednocześnie daje wyszukiwarce słowa i kontekst potrzebne do zrozumienia strony.
Nie zmieniałabym na siłę nazw fotografii tylko dlatego, że mają być bardziej „SEO”.
„Lanzarote I” może spokojnie pozostać nazwą pracy.
Obok możemy jednak stworzyć opis:
Lanzarote I
Autorska fotografia wybrzeża Lanzarote dostępna jako wydruk Fine Art w kilku formatach. Minimalistyczna kolorystyka dobrze sprawdzi się w jasnych, spokojnych wnętrzach.
W ten sposób zachowujemy charakter marki, a jednocześnie dajemy Google i klientowi dużo więcej informacji.
Warstwa graficzna: kiedy minimalizm zaczyna utrudniać czytanie
Wizualnie strona jest bardzo delikatna, co dobrze pasuje do prac Ani. Problem pojawia się jednak w miejscach, w których mały, jasnoszary tekst pojawia się na równie jasnym tle.
Przy pojedynczym podpisie wygląda to subtelnie. Przy dłuższym fragmencie tekstu zaczyna jednak wymagać od użytkownika większego wysiłku.
Szczególnie mocno może być to odczuwalne na telefonie, słabszym monitorze czy podczas korzystania ze strony w jasnym otoczeniu.
To również kwestia dostępności. Minimalistyczna estetyka nie musi oznaczać niskiego kontrastu.
Wystarczyłoby nieco zwiększyć rozmiar podstawowego fontu, przyciemnić kolor tekstu i mocniej zaznaczyć hierarchię informacji.
Tam, gdzie treści jest więcej, pojawia się jeszcze jeden problem: wszystkie informacje wyglądają bardzo podobnie.
Jeżeli użytkownik widzi długi akapit, w którym nic nie jest wyróżnione, łatwo go po prostu ominie.
Dlatego warto stosować śródtytuły, pogrubienia, krótsze akapity, listy oraz większe odstępy. Wtedy nawet osoba, która nie przeczyta całej sekcji, może szybko wychwycić jej najważniejszy sens.
I to jest szczególnie istotne na stronach sprzedażowych, ponieważ użytkownicy najczęściej najpierw skanują stronę, a dopiero później decydują, co chcą przeczytać dokładniej.
Co poprawiłabym najpierw?
W pierwszej kolejności jasno pokazałabym już na stronie głównej, że fotografie są dostępne w sprzedaży, wyeksponowała sklep w menu i dodała produkty wraz z ceną „od…”. Następnie przebudowałabym samą stronę sklepu: ceny, przyciski, informacje o wariantach i podstawową kategoryzację.
Kolejnym etapem byłaby treść — zarówno krótki opis samego sklepu, jak i bardziej rozbudowane opisy konkretnych produktów. Dopiero później rozwijałabym strukturę kategorii pod SEO, artykuły poradnikowe oraz dodatkowe elementy wspierające sprzedaż.
Równolegle warto poprawić czytelność: wielkość tekstu, kontrast i hierarchię informacji.
Najważniejszy wniosek z tego audytu
Jej estetyka jest spójna z fotografiami i marką Ani, dlatego szkoda byłoby ją zgubić.
Największym problemem jest natomiast to, że obecna struktura dużo lepiej wspiera oglądanie prac niż ich kupowanie.
Portfolio odpowiada przede wszystkim na pytanie:
„Co ta osoba tworzy?”
Sklep powinien dodatkowo bardzo jasno odpowiedzieć:
„Co mogę kupić, ile to kosztuje i jak mogę to zamówić?”
I właśnie ta różnica jest tutaj najważniejsza.
Potrzebujesz wsparcia?
Chcesz, żebym w podobny sposób przyjrzała się Twojej stronie?
Jeżeli czytając ten audyt zaczęłaś zastanawiać się, czy Twoja własna strona rzeczywiście prowadzi użytkowników do celu, dla którego ją stworzyłaś, możesz zgłosić ją do audytu.

