Project Life – co to takiego? Jak zacząć?

Project Life

W dobie cyfrówek każdy z nas może stać się fotografem własnej rodziny. Dostępność kart pamięci, oraz ich wielkość powoduje, że tych zdjęć potrafimy zrobić naprawdę dużo. Szkoda by większość z nich trafiało do przysłowiowej szuflady, na dysk, gdzie zostaną zapomniane.

Jak większość osób ten problem również i mnie dotyka. Na dysku mam zapisane zdjęcia praktycznie od 2000 roku, czyli historię 18 lat mojego życia. Kiedyś, przynajmniej raz w roku zabierałam się za wywołanie części w postaci fotoksiążek. Święta były tu dobrą motywacją, gdyż albumy zawsze okazywały się trafionym prezentem pod choinką. Później zrezygnowałam z tego z lenistwa. Widmo przejrzenia zdjęć z całego roku, wybrania najlepszych, a potem ułożenia tego w album skutecznie mnie zniechęcały. Zajmowało mi to zwykle ponad tydzień. A potem i tak się często okazywało, że fotoksiążka nie wygląda tak jak tego chciałam, bo a to coś się przesunęło, coś zasłoniło czy przycięło.

Jak zacząć album project life?

Teraz za wywoływanie zdjęć zabieram się gdy mam na to czas, czyli mniej więcej raz na dwa tygodnie i tylko taki okres zdjęciowy biorę pod uwagę. Wybieram odpowiednie koszulki do albumu i na ich podstawie rozpisuje sobie co i w które miejsce na koszulce ma trafić. Dzięki temu nie zastanawiam się potem jakie miałam pierwotne założenie (a często zdarza mi się zapominać). Przygotowałam sobie nawet odpowiednie template’y w Photoshopie by przyspieszyć cały proces.

Zdjęcia wywołuję potem w Rossmann’ie na maszynie sublimacyjnej, zwykle nie mam ich więcej niż 10, w zależności jakich koszulek używam. Przy średnim albumie, w którym mam wspomnienia z roku 2017 wychodzi ich mniej bo format zdjęć jest mniejszy. Zwykle są to zdjęcia wielkości 10x15cm, albo połówka tej wielkości, albo sześć miniaturek na tę wielkość wchodzi. Przy większym albumie i większych koszulkach, gdzie nie ma tych miniaturowych zdjęć byłoby taniej poczekać aż uzbiera się minimum 100 i wywołać je w jednym z fotolabów.

 

Kiedy zacząć?

Album Project Life można zacząć wypełniać w dowolnym momencie. Nie ma tu określonego początku, możecie wystartować wraz z Nowym Rokiem, urodzinami, narodzinami dziecka lub… po prostu, bez okazji. Ja staram się by każda seria zdjęć w moim albumie zajmowała całą koszulkę (tył i przód) dzięki temu jest mi łatwiej przepinać później nowe wpisy w albumie i zachować chronologię zdarzeń nawet jeżeli zdjęcia nie wywołuję po kolei.

Nie ma też zasad odnoście ilości wpisów. To jak często będziecie aktualizować swój album zależy od ilości zdjęć jaką robicie i czasu, który jesteście wstanie poświęcić na swoje hobby. W moim przypadku sprawdza się częstotliwość raz na dwa-trzy tygodnie. Wtedy poświęcam jeden wieczór na selekcję zdjęć i ich przygotowanie. A potem kolejny na pocięcie i ułożenie ich w albumie. Oczywiście, nic też nie stoi na przeszkodzie, aby technikę Project Life wykorzystać do wykonania albumów z pojedynczych wyjazdów, wakacji, świąt lub innych, indywidualnych okazji.

Koszulki, czyli w co się warto zaopatrzyć na początek

Pierwsza rzecz w jaką warto się zaopatrzyć to oczywiście foliowe koszulki. Każda koszulka posiada dodatkowe kieszonki w które wsuwamy zdjęcia, karty i zapiski, czyli tak zwany journaling. Wybierając album warto przyjrzeć się również koszulkom tego samego producenta (dzięki temu rozkład kółek w albumie i dziurek w koszulkach będą do siebie idealnie pasować) i kupić zestaw, który najbardziej nam odpowiada. Zastanówcie się tutaj jakie zdjęcia częściej robicie – prostokątne, czy kwadratowe, poziome, czy pionowe – i pod tym względem wybierajcie koszulki z odpowiednimi kieszonkami. Koszulki często można kupić w zestawach, gdzie znajdziecie różne ich rodzaje i w ten sposób wybrać swoje ulubione układy kieszonek. Na początek przygody polecam zestaw startowy, którego też sama używam od Family Portraits. Zawiera on zarówno dwustronne karty jak i koszulki w trzech różnych rozmiarach, dzięki czemu będziemy mogli je sobie przetestować i wybrać dla siebie najlepsze.

 

Inne dodatki

Przy takiej masie przydasi dostępnych w sklepach czasem trudno się zdecydować co kupić. Wszystko nęci kolorami, chciałoby się mieć wszystko, albo prawie wszystko. Jednak na początku naszej przygody Project Life proponuję skupić się na zdjęciach i ich rozmieszczeniu oraz dodatkach w postaci naklejek (napisów i nie tylko). Ewentualnie zakupić sobie podstawowy zestaw kart (we wspomnianym wcześniej zestawie jest ich w sumie razem 60 dwustronnych).

Jeśli macie ochotę przetestować zestaw startowy od Family Portraits kompletnie za darmo napiszcie do mnie proszę na maila. Mam możliwość zaoferować bon 10 osobom uprawniający do jego odbioru.

Opcją bardziej ekonomiczną ( dla tych posiadających drukarki. Moja aktualnie padła i póki co rozglądam się za sensownym jej zamiennikiem, więc jak coś polecacie chętnie poczytam.) jest też własnoręczne tworzenie drukowanie kart. I właśnie specjalnie dla Was dziś stworzyłam taką kartę, którą możecie sobie pobrać i samodzielnie wydrukować.

 


Dzisiejszy artykuł to wierzchołek góry lodowej – Project Life to świetna zabawa, wspaniałe hobby i kreatywna przygoda, a przy okazji sposób na dokumentowanie wspomnień i tworzenie pamiątek, do których z przyjemnością będziemy wracać. Jednocześnie jest to świetna motywacja do częstszego wywoływania zdjęć oraz spędzania czasu (offline) z rodziną i znajomymi. W końcu kiedyś te zdjęcia trzeba robić.

Continue Reading

[Bullet journal] Darmowy planner na luty do wklejenia

darmowy planner do pobrania

Moja droga z bullet journal zaczęła się ponad półtora roku temu. W tym czasie dużo podglądałam jak to robią inni, głównie Kasię z worqshop, testowałam co się u mnie sprawdza, a co nie.

Gdy z pół rocznym dzieckiem na pokładzie i dwójką starszych u boku udało mi się przygotować kulinarnie (dla tych co nie wiedzą, prowadzę jeszcze drugiego bloga o tematyce wegetariańskiej) do Tygodnia Weganizmu w Białymstoku, zarobić całkiem sporo i nawet się odczuwalnie nie przemęczyć stwierdziłam, że z dobrym planem mogę osiągnąć wszystko. Zdałam sobie wtedy sprawę, że gdybym nie miała całości tak dobrze zaplanowanej cała impreza by mi się nie udała.

Gdy przy Targu Śniadaniowym, który odbył się 3 tygodnie później, powtórzyłam i jeszcze bardziej usprawniłam swoją procedurę byłam w szoku. Jedynie czego mi brakowało to czas by swoje plany wprowadzać w życie. Ale od nowego roku i na to znalazłam sposób. ?

Początkowo moje rozkładówki były bardzo proste. Bałam się cokolwiek malować w swoim notesie (by go w moim mniemaniu nie zniszczyć). Przyglądałam się jak ozdabiają swoje strony inni, między innymi na instagramie, czy na grupach na facebooku. I powoli, powoli zaczęłam się przełamywać. Aczkolwiek i tak staram się, by to ozdabianie nie zajmowało mi za dużo czasu, bo w moim planowaniu wszelkie ozdobniki są jedynie dodatkiem. Dodatkiem, który ma mi uprzyjemnić pracę z moim plannerem.

Luty w moim Bullet Journal

Póki co nie dorobiłam się strony tytułowej. Jak znajdę chwilę to ją sobie rozrysuję, choć nie jest najważniejsza. Każdy początek miesiąca oznaczam sobie nowym wzorem taśmy washi, tak by było łatwo go znaleźć. Wszystkie strony danego miesiąca również są ozdobione tą samą taśmą, by mi się nie mieszały rozkładówki. W poprzednim notesie łapałam się na tym, że wertowałam wszystkie strony w poszukiwaniu najważniejszych informacji i nie zawsze wiedziałam, czy jestem we właściwym miesiącu.

W styczniu zrezygnowałam z dużej strony z rozrysowanym miesiącem. Rozrysowywanie tego zajmowało mi dużo czasu, a w zasadzie zaznaczałam tam jedynie daty i godziny różnych spotkań. Ewentualnie zaznaczałam sobie kolorami kiedy i gdzie pojawiał się jaki wpis i na którym blogu. Zamiast tego mam jedną rozkładówkę na której wpisuję tylko spotkania i taką rozkładówkę będziecie mogli dziś u mnie pobrać do wydrukowania za darmo. I dodatkową rozkładówkę z trakerem postów. Póki co w styczniu mi się to sprawdziło, było bardziej czytelne, więc w lutym dalej będę szła tym torem.

Ogólnie przed nowym rokiem przemyślałam sobie dużo spraw, w związku z czym nastąpiło sporo zmian w moim bullet journal. Przejrzałam sobie co mi się sprawdziło do tej pory, a co nie i co w związku z tym powinnam zmienić.

Nie mam już mojego ulubionego na jesieni bujo bingo. I znowu powodem był tu czas. Za dużo musiałam poświęcić na rozrysowanie go, a i tak docelowo nie sprawiał, bym realizowała wszystkie swoje zamierzone cele. Zamiast tego pojawiło się planowanie postów. Dzięki temu wiem co i na kiedy mam przygotować – poskutkowało to regularnymi postami na Dreamcatcher.

Dodałam dwie strony (jedna to zdecydowanie za mało) na zapisywanie wszelkiej maści pomysłów jakie wpadają mi do głowy. Często zapisywałam je na różnych karteczkach na biurku, ale przy trójce dzieci potrafiły one znikać. Wiecie każdy pozostawiony skrawek papieru potrafi być zamalowany. A potem przepadały. Teraz wszystkie trafiają na odpowiednią stronę, do której często zaglądam.

Od nowego roku przejęłam też większość obiadów w przedszkolu (tych rodziców, którzy czuli się zmęczeni gotowaniem). Także akacja dorobiła się dodatkowej rozkładówki z obiadami, na której wyliczam sobie koszt danego posiłku (gotujemy wegańsko i bezglutenowo, także jest to małe wyzwanie) i zaznaczam jaka była reakcja dzieci na niego. Jeśli coś bardzo smakowało trafi pewnie do stałego miesięcznego menu, które z resztą rodziców próbujemy utworzyć.

Dzięki tej rozkładówce wiem też co i kiedy mam kupić, by nie biegać z Alą do sklepu, bo czegoś mi zabrakło. Po testowym pierwszym miesiącu muszę powiedzieć, że ten system się sprawdza. Za to pozostali rodzice dziwią się jak ja to wszystko ogarniam, a tak naprawdę ważne jest tu dokładne zaplanowanie wszystkiego.

O planowaniu ogólnie + darmowy planner na luty do pobrania

No cóż, prawda jest taka, że często go nie mam :). Najpierw planuję sobie wszystko w głowie, a potem przelewam to na papier. Nie planuję długoterminowo, jeszcze się tego nie nauczyłam. Wolę krótkie, miesięczne okresy. I tak:

  • Pod koniec każdego poprzedniego miesiąca zastanawiam się co powinnam w następnym osiągnąć by się dalej rozwijać i zapisuję to sobie na karcie Plany na.
  • Następnie rozbijam to na kroki i przypisuję tygodniom. Na tydzień rozpisuję maksymalnie od 7 do 9 większych zadań, tak by każdego dnia mieć jeden, który mogę ogarnąć z rana zanim dzieciaki wstaną. Na cały swój plan spojrzeć realistycznie. No i włączyć pewną „automatyzację” produktywności jak ja to nazywam. Czyli, że w poniedziałki, jak Ala śpi robię wszystkie zdjęcia jakie mi są potrzebne na dany tydzień  We wtorki piszę wszystkie posty hurtowo plus planuję posty na Instagrama w aplikacji Later. O tym będę tworzyć nawet w tym miesiącu krótki kurs, który mam nadzieję, pojawi się na Skillshare. W środę zaś tworzę dodatkowe materiały. Posty publikuję zwykle w środy na Spicy-carrot i w piątki tu, na Dreamcattcher.
  • Czasem coś mi się posypie. A to któreś dziecko przy gorączkuje, albo Ali idą zęby i muszę wtedy jej poświęcić więcej czasu. Ale grunt to się nie poddawać i nie brać tego za bardzo do siebie. No i nie brać na barki za dużo.


I tak moim największym celem na luty stworzenie mojego pierwszego kursu na Skillshare. Póki nie mam dobrego statywu do aparatu i nie mogę nagrywać biurka, więc wymyśliłam sobie, że będzie on z obsługi aplikacji. Będę po prostu nagrywać zrzuty z ekranu. Planowanie ma mi w tym pomóc, tak by wyrobić się z wszystkimi terminami jakie ten serwis podaje. Czy się uda? Zobaczymy. 

 

Podzielcie się w komentarzach, jak Wam minął pierwszy miesiąc realizacji waszych planów. Podajcie też własne sposoby na ogarnianie rzeczywistości. Moje bujo wciąż ewoluuje, dostosowuje się do nowych sytuacji. W związku z czym chętnie podejrzę jak Wy sobie radzicie.

Continue Reading

Bullet Journal – moje początki

bullet journal

BULLET JOURNAL – JAKIE BYŁY MOJE POCZĄTKI

Coraz częściej przekonuję się, że dobry plan to połowa sukcesu i, że nawet przy trójce dzieci wszystko jest (lub prawie wszystko) możliwe do osiągnięcia. Czy to przygotowanie kateringu na 80 osób na urodziny, czy też postawienie nowej strony internetowej. Dobry plan to podstawa.

Ja swoje początki, wstyd się przyznać z planowaniem zaczęłam dokładnie rok temu, kiedy byłam w ciąży z Alicją (moim trzecim dzieckiem). Dlaczego jest mi się wstyd przyznać? Gdyż to bardzo późno. Teraz sama się dziwię jak do tamtej pory mogłam funkcjonować, jak prowadzić bloga. Wszystko robiłam na łapu capu, bez pomysłu, bez planu. Łapałam się na tym, że bawiąc się z dziećmi układam sobie plan na wolną część dnia. Ale w momencie gdy ta wolna część mojego dnia (czytaj wieczór) przychodziła zupełnie nie wiedziałam od czego zacząć i koniec końców ostatecznie robiłam jedynie połowę z rzeczy zaplanowanych wcześniej. Reszty najzwyczajniej w świecie już nie pamiętałam.

Brak planu, a w zasadzie brak planu na papierze skutecznie utrudniał mi funkcjonowanie i doprowadzał do frustracji. Do tego momentu śledziłam różne grupy na fb na temat planowania, oraz oczywiście Kasię z Worqshop, która planowanie doprowadziła niemal do perfekcji, więc coś niecoś wiedziałam na temat tego bullet journal.

 

Impulsem sprawczym u mnie był banał. Jedna z dziewczyn na grupie na fb napisała, że w świecie książki jest akurat promocja na memobooki, które idealnie sprawdzają się do planowania w bullet journal. Następnego dnia sprawdziłam dostępność u mnie w mieście i pobiegłam kupić sobie taki zeszyt. Nie chciałam wydawać majątku na coś co być może by się nie sprawdziło w moim przypadku. W każdym bądź razie wsiąkłam.

Planowanie w bullet journal cieszy się coraz większym zainteresowaniem, więc pomyślałam, że pokażę Wam jak wygląda mój notes, a jak wyglądał jeszcze rok temu w momencie gdy byłam na początku swojej drogi. Teraz już go kończę, to mój ostatni w nim miesiąc, gdyż zostało mi tylko kilka kartek. Także z grudniem zaczynam nowy notes. Jest już zamówiony, czeka tylko na odbiór paczki. Tym razem wzięłam inna firmę. Zobaczymy jak się sprawdzi. Po tych kilku miesiącach wiem już jakie kolekcie i w którym (mniej więcej) miejscu są mi potrzebne. Oczywiście bullet journal to taki system, który każdy może dostosować pod siebie. Nie ma jednej poprawnej opcji, jednej poprawnej drogi. I to jest w nim właśnie najpiękniejsze.

JAK TO WYGLĄDAŁO NA POCZĄTKU

Chce Wam pokazać jak mój notes wyglądał na początku, gdy jeszcze nie wiedziałam z „czym się to je”. Chciałabym pokazać, że jest to system dla każdego, nawet dla osób, bez zdolności malarskich.

A JAK WYGLĄDA TO TERAZ, CZYLI OSTATNIE MIESIĄCE W ROZKŁADÓWCE.

To już trzeci raz, gdy mój miesiąc zaczyna się startówką. Wcześniej nie bardzo miałam na rysowanie czas (co dziwne, bo nie miałam jeszcze czasopochłaniacza w postaci Alicji na świecie). A może bardziej  te wszystkie przepiękne rozkładówki, które widziałam w internecie sprawiały, że bałam się zepsuć swój notes. Co jest w gruncie rzeczy absurdem. W koncu to mój notes, moje w nim życie. W każdym bądż razie ostatnio się ośmieliłam i zaczęłam go ozdabiać. Najpierw taśmami washi, potem naklejkami, a na koncu od czasu do czasu rysunkami.

W każdym bądź razie bullet journal pomaga mi ostatnio w planowaniu postów blogowych, śledzenia wykonania planów i, czego wcześniej nie robiłam, analizowania podjętych działań. Mam traker wydatków, muszę się tylko pilnować by uzupełniać go na bieżąco. Wcześniej prowadziłam arkusz w komputerze, ale szczerze powiedziawszy nie mając go wciąż przed oczami, nie bardzo wiedziałam, w którą „dziurę leciały mi pieniądze”. Teraz dokładnie widzę, gdzie daję się porwać chwili i na co muszę w następnym miesiącu uważać.

Kolejne trackery związane są z Akacją (nieformalna grupa przedszkolno – szkolna dzieci na Edukacji Domowej) do której uczęszczamy. Dzięki niemu wiem kiedy nas nie było na zajęciach i jakie powinnam mieć odliczenie w związku z tym od czesnego. Standardowo mam w Akacji też dyżur obiadowy (ma być wege, bezglutenowo i bezmlecznie) dwa razy w miesiącu. Zaznaczam więc tu sobie daty i planuję posiłki, a w związku z tym również i zakupy na ten cel. Na koniec zaznaczam jaka była reakcja dzieci – czy im smakowało, czy może lepiej więcej tego już nie gotować.

Zrezygnowałam za to z trackerów w formie tabelki do codziennego zaznaczania. Nie sprawdzały się u mnie kompletnie. Nie pamiętałam by je uzupełniać, a często też nie miałam na nie czasu. I ogólnie w tej formie nie przydały mi się. Tego typu znaczniki mam wpisane, najważniejsze 3-4 na każdej tygodniówce.

Lista kolekcji jaka na pewno znajdzie się w moim nowym notesie

  1. Kolekcja z kolorami Real Brush Zig’a – zakochałam się w tych pisadłach, z prawdziwym pędzelkiem zamiast końcówki i z czasem mam nadzieję, że moja kolekcja się powiększy
  2. Kupione kursy (bo gubię się już co przeglądałam, a czego jeszcze nie)
  3. Kolekcja lektur szkolnych dla I klasy – jesteśmy na Edukacji Domowej z Olą już oficjalnie, więc będziemy realizować program sami w domu.
Dajcie znać co myślicie o takim notatniku – to coś dla Was, czy raczej nie bardzo?
Continue Reading