[recenzja] The botanical hand-lettering workbook

Uwielbiam książki, mogę je przeglądać godzinami. Szczególnie te dotyczące zagadnień graficznych, czy nauki pisania –  choć kulinarnymi z wysmakowanymi zdjęciami również nie pogardzę. I dziś chciałabym się z Wami podzielić recenzją książki „The botanical hand-lettering workbook” Bethany Robertson, choć książką w zasadzie nie można tego nazwać, a, jak sama nazwa sugeruje, raczej zeszytem ćwiczeń.

Wybierając książkę w internecie, którą chcę kupić, często przeglądam ich zawartość na innych blogach. Jak wygląda w środku, czy mnie zainteresuje. Tym bardziej, że zamawiając książki z zagranicy, muszę trochę na nie poczekać. Więc czasem ekscytacja z oczekiwania na książkę zamienia się w jedno wielkie rozczarowanie po pierwszym przekartkowaniu. Dlatego postanowiłam wrzucać raz na jakiś czas recenzję tego co sama zamawiam na bloga, by było Wam łatwiej zdecydować się lub nie na dany tytuł.

Jeśli chodzi o tę pozycję to nie było to rozczarowanie. Może tylko format „książki” mnie zaskoczył, bo jest niewielki. Jest to zarówno plus tej pozycji, bo jako iż jest to workbook przy tej wielkości bez problemu zmieści się w prawie każdej damskiej torebce (no może poza kopertówką 😉 ). Format trochę większy niż a5, prawie 200 stron inspiracji i stron do ćwiczeń.

Co znajdziemy w środku hand lettering workbook

Po pierwsze, oglądając ten zeszyt ćwiczeń muszę powiedzieć, że jest to idealna pozycja dla osób słabo znających angielski. Tekstu nie ma tu dużo, raczej wszystko pokazane na przykładach. Całość pisana lekkim i prostym językiem. Nie zdążymy się przy jej czytaniu zmęczyć.

W książce nauczymy się rysować proste wzory kwiatowe, terraria kwiatowe, owoce i warzywa oraz różnej maści banery. Ostatnio gdy cokolwiek rysuję, otwieram sobie ćwiczenia i przeglądam inspiracje dołączone. Zresztą jak Bethany twierdzi:

Inspiration comes from everywhere.

Pokazane są tu również różne rodzaje botanicznych alfabetów, zarówno szeryfowych jak i bezszeryfowych. Uważam, że pod tym względem ta pozycja to świetny zbiór inspiracji. Jedyne co mi się tu nie podoba to ilość miejsca przeznaczonego na własne alfabety – jest zdecydowanie za mała. Mi osobiście ciężko byłoby się wpasować między dwie linijki, tym bardziej używając brushpena. Choć prawda jest taka, że i tak większość ćwiczeń wolę wykonywać we własnym szkicowniku. Nic mnie wtedy nie ogranicza, nawet strach przed tym, że coś mi nie wyjdzie.


Mam nadzieję, że recenzja ta pomogła Wam z wyborem. Ja wszystkie swoje książki z zagranicy zamawiam przez Bookdepository.  Przesyłka jest w miarę szybka, książki docierają do mnie po około tygodniu od złożenia zamówienia. Ponadto wszystkie ceny jakie widzimy w serwisie są od razu podane z przesyłką i w złotówkach, także nie ma żadnego zaskoczenia związanego z kursem dolara.

Jeśli jesteście zainteresowani brushletteringiem albo handletteringiem polecam Wam jeszcze inną pozycję, której recenzję można również przeczytać na blogu: 

The complete guide of chalk lettering recenzja
The complete book of chalk lettering

Continue Reading

[wordpress] Co zrobić gdy nagle przestał działać?

Logujesz się do swojego panelu administratora WordPress i widzisz migające czerwone kółeczko w panelu aktualizacji. To znak, że pora zaktualizować niektóre z wtyczek. Przechodzisz więc do odpowiedniej zakładki, wciskasz aktualizuj i z herbatką w ręce spokojnie czekasz aż pokaże się komunikat, że proces przebiegł pomyślnie.

Ale co to? Zamiast twojej strony widzisz komunikat 503 Service Unavailable. W panice odświeżasz kokpit, ale on też nie odpowiada. Herbata prawie wypada Ci z rąk, a masa myśli kotłuje Ci się w głowie. Plujesz sobie w brodę, że przecież znowu nie zrobiłaś backup’u. Na myśl o odtwarzaniu od początku wszystkiego robi Ci się słabo.

Czy Ty też tak miałaś?

Mi zdarzyło się to ostatnio dwa razy.

Za pierwszym razem spanikowałam. Jak to? Co się stało? Dlaczego strona padła? Może rano wróci do normy. Rano niestety nie wróciła, więc trzeba było zająć się problemem.

Za drugim razem znając już rozwiązanie, które powiem Ci, jest naprawdę banalne i proste szybko odtworzyłam kroki potrzebne by przywrócić WordPressa do żywych jednocześnie ratując swój świat przed zagładą. Tym samym pomyślałam, że całość to dobry materiał na kolejny wpis blogowy.

Nic nie dzieje się samo

Na wstępie ustalmy jedno: strona nie psuje się sama i nie przestaje działać sama z siebie. Przypomnijmy sobie jakie czynności wykonywaliśmy ostatnio w naszym serwisie. Czy instalowaliśmy lub aktualizowaliśmy jakieś wtyczki? Czy wykonywaliśmy jakieś zmiany w plikach motywu? Czy zmienialiśmy konfigurację serwera? A może zrobiła to nasza firma hostingowa (a e-mail z informacją gdzieś nam się zapodział)? Wszystkie, nawet z pozoru nieistotne, działania mogą być potencjalnie związane z awarią.

Tryb debug

Na samym wstępie powinniśmy włączyć w WordPressie tryb debug. W tym trybie WordPress wyświetla wszystkie komunikaty o błędach, ostrzeżenia i informacje (domyślnie są one ukryte przez wzgląd na bezpieczeństwo). Aby to zrobić musimy zalogować się do naszego serwera przez FTP i odszukać plik wp-config.php. Otwórzmy go, znajdźmy następującą linię:

define(‚WP_DEBUG’, false);

i zamienmy ją na:

define(‚WP_DEBUG’,true);

Jeśli w naszym pliku nie ma tej linii, po prostu dodajmy ją. Po zapisaniu zmian w pliku wp-config.php i ponownym wgraniu go na serwer możemy spróbować otworzyć naszą stronę. W większości przypadków zobaczymy jakiś komunikat o błędzie.

 

Najczęstsze przyczyny problemów, czyli dlaczego wordpress przestał działać

Błąd we wtyczce

Niestety, ponieważ aktualizacje wtyczek nie przechodzą żadnej weryfikacji, zdarza się, że wkradnie się do nich jakiś błąd.  Czasem, tak jak w moim przypadku potrafi on unieruchomić całą stronę.

Jeśli błąd we wtyczce wystąpi na etapie jej aktywacji, WordPress automatycznie dezaktywuje problematyczne rozszerzenie. Tak się jednak nie stanie gdy problem wystąpi później.

Felerną wtyczkę bardzo łatwo zidentyfikować na podstawie komunikatów o błędach. Jeśli problemem jest jedno z rozszerzeń, komunikat będzie wyglądał na przykład tak:

Parse error: syntax error, unexpected T_STRING in /home/domena/wp-content/plugins/nazwa-wtyczki/wtyczka.php

Nas interesuje fragment zaznaczony na czerwono. Mówi on nam o którą wtyczkę chodzi – w tym wypadku jest to rozszerzenie znajdujące się w katalogu plugins/nazwa-wtyczki. Jeśli nie wiemy jak naprawić błąd, najprościej po prostu dezaktywować wtyczkę. W tym celu należy połączyć się z serwerem za pomocą FTP, przejść do katalogu wp-content/pluginsi zmienić nazwę katalogu nazwa-wtyczki na jakąkolwiek inną, co spowoduje dezaktywację rozszerzenia.

Błąd w motywie

Jeśli błąd występuje w motywie, to komunikat będzie wyglądał na przykład tak:

Parse error: syntax error, unexpected T_STRING in /home/domena/wp-content/themes/nazwa-motywu/index.php

Jeśli chcemy dezaktywować problematyczny motyw, schemat działania wygląda dokładnie tak samo jak w przypadku wtyczek: należy zmienić nazwę katalogu wp-content/themes/nazwa-motywu na inną.

Nic nie pomogło – co dalej?

Jeśli nasze działania nie przyniosły oczekiwanego skutku, to zawsze zostaje najbardziej radykalne rozwiązanie – przywrócenie plików i bazy danych naszej strony z kopii bezpieczeństwa.
Masz taką kopię, prawda?

Continue Reading

Project Life – co to takiego? Jak zacząć?

Project Life

W dobie cyfrówek każdy z nas może stać się fotografem własnej rodziny. Dostępność kart pamięci, oraz ich wielkość powoduje, że tych zdjęć potrafimy zrobić naprawdę dużo. Szkoda by większość z nich trafiało do przysłowiowej szuflady, na dysk, gdzie zostaną zapomniane.

Jak większość osób ten problem również i mnie dotyka. Na dysku mam zapisane zdjęcia praktycznie od 2000 roku, czyli historię 18 lat mojego życia. Kiedyś, przynajmniej raz w roku zabierałam się za wywołanie części w postaci fotoksiążek. Święta były tu dobrą motywacją, gdyż albumy zawsze okazywały się trafionym prezentem pod choinką. Później zrezygnowałam z tego z lenistwa. Widmo przejrzenia zdjęć z całego roku, wybrania najlepszych, a potem ułożenia tego w album skutecznie mnie zniechęcały. Zajmowało mi to zwykle ponad tydzień. A potem i tak się często okazywało, że fotoksiążka nie wygląda tak jak tego chciałam, bo a to coś się przesunęło, coś zasłoniło czy przycięło.

Jak zacząć album project life?

Teraz za wywoływanie zdjęć zabieram się gdy mam na to czas, czyli mniej więcej raz na dwa tygodnie i tylko taki okres zdjęciowy biorę pod uwagę. Wybieram odpowiednie koszulki do albumu i na ich podstawie rozpisuje sobie co i w które miejsce na koszulce ma trafić. Dzięki temu nie zastanawiam się potem jakie miałam pierwotne założenie (a często zdarza mi się zapominać). Przygotowałam sobie nawet odpowiednie template’y w Photoshopie by przyspieszyć cały proces.

Zdjęcia wywołuję potem w Rossmann’ie na maszynie sublimacyjnej, zwykle nie mam ich więcej niż 10, w zależności jakich koszulek używam. Przy średnim albumie, w którym mam wspomnienia z roku 2017 wychodzi ich mniej bo format zdjęć jest mniejszy. Zwykle są to zdjęcia wielkości 10x15cm, albo połówka tej wielkości, albo sześć miniaturek na tę wielkość wchodzi. Przy większym albumie i większych koszulkach, gdzie nie ma tych miniaturowych zdjęć byłoby taniej poczekać aż uzbiera się minimum 100 i wywołać je w jednym z fotolabów.

 

Kiedy zacząć?

Album Project Life można zacząć wypełniać w dowolnym momencie. Nie ma tu określonego początku, możecie wystartować wraz z Nowym Rokiem, urodzinami, narodzinami dziecka lub… po prostu, bez okazji. Ja staram się by każda seria zdjęć w moim albumie zajmowała całą koszulkę (tył i przód) dzięki temu jest mi łatwiej przepinać później nowe wpisy w albumie i zachować chronologię zdarzeń nawet jeżeli zdjęcia nie wywołuję po kolei.

Nie ma też zasad odnoście ilości wpisów. To jak często będziecie aktualizować swój album zależy od ilości zdjęć jaką robicie i czasu, który jesteście wstanie poświęcić na swoje hobby. W moim przypadku sprawdza się częstotliwość raz na dwa-trzy tygodnie. Wtedy poświęcam jeden wieczór na selekcję zdjęć i ich przygotowanie. A potem kolejny na pocięcie i ułożenie ich w albumie. Oczywiście, nic też nie stoi na przeszkodzie, aby technikę Project Life wykorzystać do wykonania albumów z pojedynczych wyjazdów, wakacji, świąt lub innych, indywidualnych okazji.

Koszulki, czyli w co się warto zaopatrzyć na początek

Pierwsza rzecz w jaką warto się zaopatrzyć to oczywiście foliowe koszulki. Każda koszulka posiada dodatkowe kieszonki w które wsuwamy zdjęcia, karty i zapiski, czyli tak zwany journaling. Wybierając album warto przyjrzeć się również koszulkom tego samego producenta (dzięki temu rozkład kółek w albumie i dziurek w koszulkach będą do siebie idealnie pasować) i kupić zestaw, który najbardziej nam odpowiada. Zastanówcie się tutaj jakie zdjęcia częściej robicie – prostokątne, czy kwadratowe, poziome, czy pionowe – i pod tym względem wybierajcie koszulki z odpowiednimi kieszonkami. Koszulki często można kupić w zestawach, gdzie znajdziecie różne ich rodzaje i w ten sposób wybrać swoje ulubione układy kieszonek. Na początek przygody polecam zestaw startowy, którego też sama używam od Family Portraits. Zawiera on zarówno dwustronne karty jak i koszulki w trzech różnych rozmiarach, dzięki czemu będziemy mogli je sobie przetestować i wybrać dla siebie najlepsze.

 

Inne dodatki

Przy takiej masie przydasi dostępnych w sklepach czasem trudno się zdecydować co kupić. Wszystko nęci kolorami, chciałoby się mieć wszystko, albo prawie wszystko. Jednak na początku naszej przygody Project Life proponuję skupić się na zdjęciach i ich rozmieszczeniu oraz dodatkach w postaci naklejek (napisów i nie tylko). Ewentualnie zakupić sobie podstawowy zestaw kart (we wspomnianym wcześniej zestawie jest ich w sumie razem 60 dwustronnych).

Jeśli macie ochotę przetestować zestaw startowy od Family Portraits kompletnie za darmo napiszcie do mnie proszę na maila. Mam możliwość zaoferować bon 10 osobom uprawniający do jego odbioru.

Opcją bardziej ekonomiczną ( dla tych posiadających drukarki. Moja aktualnie padła i póki co rozglądam się za sensownym jej zamiennikiem, więc jak coś polecacie chętnie poczytam.) jest też własnoręczne tworzenie drukowanie kart. I właśnie specjalnie dla Was dziś stworzyłam taką kartę, którą możecie sobie pobrać i samodzielnie wydrukować.

 


Dzisiejszy artykuł to wierzchołek góry lodowej – Project Life to świetna zabawa, wspaniałe hobby i kreatywna przygoda, a przy okazji sposób na dokumentowanie wspomnień i tworzenie pamiątek, do których z przyjemnością będziemy wracać. Jednocześnie jest to świetna motywacja do częstszego wywoływania zdjęć oraz spędzania czasu (offline) z rodziną i znajomymi. W końcu kiedyś te zdjęcia trzeba robić.

Continue Reading